Skip to main content

Czy Ateiści Są Złymi Ludźmi?

Czy ateista jest zły?

Dobre pytanie.

Dla wielu katolików, już samo to, że ktoś inny nie wierzy w boga (a w szczególności w ICH BOGA), oznacza, że jest złym człowiekiem. Nie ma w tym momencie dla nich znaczenia, że taka osoba jest życzliwa i chętnie pomaga innym.

Nie ma znaczenia, że jest uczciwa, że nie kradnie, nie oszukuje, nie znęca się nad innymi ani psychicznie, ani fizycznie, czyli de facto kieruje się zasadą miłości bliźniego.

Do zaszufladkowania wystarczy, że „daje zły przykład” nie chodząc do kościoła, nie modląc się, nie dając odpowiedniej sumy na tacę i nie słuchając księdza, czyli czyniąc tak, jak nakazuje mu jego własne sumienie, a nie jak uważają za słuszne „nieomylni” hierarchowie Kościoła.

Taka opinia o ateistach (często nieodróżnianych od satanistów) pokutuje głownie wśród ludzi starszych, ale zdarzają się i młodzi o podobnych poglądach, zwłaszcza pochodzący ze środowisk wiejskich. Tacy ludzie szczerze nienawidzą niewierzących w boga – ludzi o jakże odmiennych poglądach na życie, niż ich własne.

Można znaleźć wiele przykładów okazywania nienawiści. Nierzadko są to wyzwiska („Ty chamie… Ty prostaku…”) kierowane pod adresem ateistów. Czy tak zachowuje się człowiek dobry, kochający bliźniego? Czy dobrym jest człowiek, który w imię swojej wiary oszukuje, okrada, morduje, katuje i gwałci innych ludzi?

Niestety, takich przykładów w historii chrześcijaństwa (jak i innych wielkich i jedynych religii) jest zbyt wiele.

Odpowiedź na powyższe pytania brzmi: NIE. Ślepa wiara może wyrządzić znacznie więcej złego, niż chłodny racjonalizm ateistów.

Chociaż w każdym środowisku, niezależnie od wiary czy niewiary, są i ludzie dobrzy, i ludzie źli, to szerokie horyzonty myślowe ateistów pozwalają im lepiej wczuć się w położenie drugiego człowieka i lepiej go zrozumieć.

Religia w szkole

Nie poruszyłbym tego tematu gdyby nie dzisiejsze „wydarzenie medialne”, czyli „expose” (byłego premiera) Jarosława Kaczyńskiego, prezesa Prawa i Sprawiedliwości.

Oczywiście to nie expose, tylko jakaś garść propozycji mniej lub bardziej trafionych. Ja skupię się na jednym punkcie tego wystąpienia, mianowicie na propozycji: „Ustawowe zagwarantowanie nauczania historii, religii i języka polskiego„. Reszta propozycji dostępna jest na stronie wyżej wymienionej partii. Kto będzie chciał, to sobie znajdzie.

Nie ukrywam, że nie pałam sympatią do Prawa i Sprawiedliwości. Mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest to jedna z najbardziej szkodliwych społecznie i ekonomicznie grup ludzi, które kiedykolwiek pojawiły się w Polsce.

Ale ponieważ nie czas i nie miejsce na to, żeby roztrząsać się nad ekonomią, gospodarką, edukacją i bezpieczeństwem zajmijmy się jednym konkretnym tematem: religią w szkole.

Tak się składa, że jestem już z pokolenia, które miało to nieszczęście, że lekcje religii już były przeprowadzane w szkołach, a nie salach katechetycznych na plebaniach.

Tak samo ocena z religii pojawiała się już na świadectwach szkolnych mojego pokolenia. Kiedy byłem uczniem podstawówki już miałem delikatnie olewczy stosunek do lekcji religii, więc niewiele pamiętam.

W technikum natomiast na lekcjach religii najczęściej rozwiązywało się prace domowe z innych przedmiotów, przygotowało do sprawdzianów albo, jak już nie było nic konkretnego do roboty, grało po prostu w karty. Z perspektywy tamtych czasów uważałem, że religia jest kompletnie w szkole niepotrzebna, bo przecież zajęcia to fikcja, strata czasu i oczywiście pieniędzy.

Dzisiaj, już będąc nieco starszym i posiadając nieco więcej informacji na temat faktycznych stosunków państwo-kościół rzymskokatolicki moje zdanie ewoluowało. Teraz uważam, że skandalem, usankcjonowanym prawnie, jest przeprowadzanie przedmiotu religia w szkołach. Pozwólcie, że wymienię dlaczego uważam, że jest to skandal:

Nauczyciel, który uczy jakiegokolwiek przedmiotu (poza oczywiście religią) musi w posiadać wyższe wykształcenie w kierunku zgodnym z nauczanym przedmiotem lub ukończone studia podyplomowe w tym kierunku. Jeśli nie posiada takich kwalifikacji jego zatrudnienie jest możliwe tylko pod warunkiem uzyskania zgody z wojewódzkiego kuratorium oświaty.

W praktyce takich zgód się nie wydaje ponieważ chętnych z kwalifikacjami na to miejsce raczej nie brakuje.

Co jeśli ksiądz katecheta nie posiada wyższego wykształcenia (znam osobiście taki przypadek)? Otóż nic. Dyrektor szkoły pro forma wyśle do kuratorium prośbę o zgodę na zatrudnienie takiego katechety, a kuratorium pro forma odpowie, że w przypadku religii ważna jest misja od biskupa, a nie kwalifikacje.

Właściwie to dyrektor mógłby w ogóle tej prośby o zgodę nie wysyłać i nikt by nawet nie pisnął, że tak nie powinno być – nikt nie chce zadzierać z klerem.

Oprócz wyższego wykształcenia każdy nauczyciel powinien posiadać kwalifikacje pedagogiczne – kurs pedagogiczny. Na studiach ze specjalnościami pedagogicznymi jest to realizowanie w trakcie ich trwania, a pozostali mogą po prostu ten kurs zrobić w jednym z wielu ośrodków szkoleń.

W przypadku braku przygotowania pedagogicznego obowiązuje podobna procedura jak w przypadku braku wykształcenia. Zapytanie o zgodę do kuratorium. I tutaj znowu kuratorium odpowie w ten sposób – liczy się misja.

No właśnie. Misja od biskupa. Każdy katecheta, świecki, sutannowy czy habitowy, musi posiadać coś w rodzaju licencji na uprawianie demagogii religijnej w szkole – misję od biskupa. Krótko mówiąc to biskup, na wniosek proboszcza decyduje kto może zostać katechetą.

A skoro to biskup na wniosek proboszcza decyduje kto może zostać katechetą, to w praktyce proboszcz przychodzi do dyrektora szkoły i mówi, że należy zatrudnić tę konkretną osobę jako katechetę. Dyrektor szkoły właściwie nie ma nic do powiedzenia.

I dyrektor takiego katechetę zatrudnia. Ok, jeśli jest to osoba świecka – praca dla takiej osoby jest jedynym źródłem dochodu.

Ale jeśli to jest ksiądz… Ksiądz jest traktowany dokładnie tak samo jak każdy inny nauczyciel – otrzymuje umowę o pracę i wynagrodzenie zgodne z Kartą Nauczyciela (wysokość pensji zależna od stopnia awansu zawodowego nauczyciela i gwarantowane podwyżki). Czyli, krótko mówiąc, ksiądz dostaje pieniądze za marnej jakości pracę z budżetu samorządów (bo to one finansują szkoły).

Dlaczego praktycznie nigdy proboszcz nie jest katechetą, tylko wysyła wikariuszy? Dlatego, że wikariusz w szkole sobie zarobi jako katecheta i proboszcz nie musi się z nim dzielić „zarobkiem z posługi”.

Informacje, które tutaj przedstawiłem to znane mi bardzo dobrze sytuacje z pierwszej ręki. Myślę też, że tych kilka punktów wystarczająco mocno pokazuje jak bardzo konkordat jest ponad prawem (i rozsądkiem).

Ale czas wrócić do pomysłu zaprezentowanego przez PiS. „Ustawowe zagwarantowanie nauczania historii, religii i języka polskiego„. Ładnie brzmi, tak wręcz populistycznie. Problem w tym, że:

nauczanie języka polskiego jest zagwarantowane w podstawie programowej na każdym szczeblu nauczania aż do matury,
nauczanie historii jest zagwarantowane w podstawie programowej na każdym szczeblu nauczania aż do matury,
nauczanie religii jest również zagwarantowane w podstawie programowej na każdym szczeblu nauczania aż do matury.

Więc o co chodzi? Chodzi o to, żeby wytworzyć atmosferę, w której to Polak-katolik jest narodem uciskanym i zabrania mu się uczyć języka, historii i religii w jego własnym kraju.

Otóż nie! Prezes Kaczyński mówi tym samym językiem, który jest uczony w szkołach i uczył się tej samej historii, która jest uczona teraz w szkołach (chociaż on zupełnie inaczej ją pojmuje). A religia? No przecież jest w szkołach! I to nawet na specjalnych warunkach. Zatem czego on jeszcze chce?!

No właśnie pewnie chodzi o jeszcze więcej religii w szkole. Tylko wrzucił religię do jednego worka razem z językiem polskim i historią, żeby się nikt nie zorientował, że tak naprawdę to zależy mu na religii.

Osobiście uważam to za kompletnie bezzasadny wniosek. Bardzo nieprzemyślane i populistyczne żądanie.

A jakie jest moje zdanie na temat religii w szkole? Jest bardzo proste.

Ponieważ mamy konstytucyjnie zagwarantowaną wolność wyznania w Polsce, a cały ciąg wydarzeń historycznych sprawił, że największą grupą wyznaniową są rzymscy katolicy to moja propozycja rozwiązania problemu wygląda następująco:

Zajęcia z religii mogą być przeprowadzane w szkołach lub w salach katechetycznych (preferowane).

Szkoły udostępniają sale lekcyjne dla katechezy na zasadach odpłatności, płatność pokrywana jest przez związek wyznaniowy (nie tylko kościół rzymskokatolicki). Ceny nie muszą być wcale wysokie – liczy się fakt komercyjnego wynajęcia sali.

Katecheci (świeccy i duchowni) nie są zatrudniani przez szkoły i nie są z punktu widzenia prawa nauczycielami. Świeccy katecheci zatrudniani są przez proboszczów.
Ocena z religii nie figuruje na świadectwie szkolnym.

Ministerstwo Edukacji nie ingeruje w program nauczania religii czyli nie istnieje podstawa programowa dla tego przedmiotu.

Likwidowany jest również przedmiot etyka jako substytut religii dla uczniów nieuczęszczających na religię.

Czyż tak nie jest prosto i klarownie? To związek wyznaniowy powinien się zamartwić o budowanie wiary wśród dzieci swoich wiernych i to związek wyznaniowy powinen to sfinansować (akurat kościół rzymskokatolicki mógłby to zrobić z powodzeniem). To nie powinno być obowiązkiem państwa.

Ale cóż… Konkordat został podpisany.

Związki partnerskie a sprawa kościelna

Głośno się zrobiło o związkach partnerskich. Temat ten jest ważny nie tylko dla par jednopłciowych, ale również na par różnopłciowych. Oczywiście jest to temat światopoglądowy. A tam gdzie pojawia się problem światopoglądu, oczywiście musi swoje pięć groszy wtrącić Kościół Rzymskokatolicki, któremu wydaje się, że jako jedyny ma prawo mówić jak należy żyć w Polsce.

Ale do rzeczy. Związek partnerski jest w szczególności potrzebny parom jednopłciowym. Pary takie nie mają możliwości zawarcia związków małżeńskich, ponieważ konstytucja inaczej to definiuje.

Próby zmiany konstytucji prawdopodobnie byłyby drogą przez mękę, zatem sprytnie wymyślono instytucję związku partnerskiego. Taka instytucja funkcjonuje już w wielu europejskich (również wyrosłych na „chrześcijańskiej kulturze”) krajach.

Pary homoseksualne mogłyby korzystać z pewnych przywilejów (prawo do informacji zdrowotnej o partnerze, wspólne rozliczanie podatku, dziedziczenie itp.), które dzisiaj są dostępne w praktyce tylko dla małżeństw.

Ale nie zapominajmy o całej rzeszy par heteroseksualnych, które żyją na tzw. „kocią łapę”, bo na przykład nie są przekonani co do małżeństw – po co naprawiać (brać ślub)  coś co jest sprawne (związek oparty na miłości, zaufaniu i oparciu, funkcjonujący wiele lat) – lub wiedzą, że pod presją rodziny musieliby wziąć ślub kościelny. Świat ewoluuje bardzo szybko, przepisy nie mogą być kostyczne i zezwalać tylko na archaiczne modele rodzin.

Kilka dniu temu pojawił się problem technicznego głosowania nad przekazaniem trzech projektów ustaw o związkach partnerskich do prac w sejmowych komisjach. Z jakiejś przyczyny zrobiła się z tego batalia o religię i zaściankowość. Cała rzesza konserwatywnych posłów zagłosowała przeciw. Dlaczego? No właśnie…

Dlatego, że tak powiedział ksiądz. No bo jak może facet z facetem? Albo kobieta z kobietą? Oni dobrze o tym wiedzą, przecież jeszcze będąc klerykami w seminarium niejednokrotnie próbowali „jak może facet z facetem”. I teraz krzyczą, bo przecież kto nagłośniej zawsze krzyczy „łapać złodzieja”?

Według Kościoła Rzymskokatolickiego prawdopodobnie jedyne cele życia człowieka to: prokreacja i uczęszczanie co niedziela do kościoła. Uczęszczanie do kościoła jest w praktyce równoznaczne z zasilaniem portfela proboszcza.

A prokreacja też się w praktyce do tego sprowadza, bo przecież chrzest, ślub, pogrzeb kosztują. Zatem cała ta masa oszołomów, a szczególnie niejaka Krystyna Pawłowicz ma rację. Kościół, ze związków partnerskich, nie będzie miał pożytku. Ale (nie wiem jakim cudem dr hab.)

Pawłowicz nie rozumie, że Polska to w założeniu jest kraj świecki, a nie katolicki, bo jej tak się podoba. Niestety społeczeństwo wybrało takich, a nie innych swoich przedstawicieli i wciąż cierpimi na problem wpływu KRK na politykę.

2423dc3a0142630a7b1141821f58ff3320-300x199

W Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej mamy pewien bardzo istotny punkt. Mianowicie artykuł 18.

Art. 18.

Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

Należy zwrócić uwagę na jedną rzecz. Istotnie małżeństwo jest zdefiniowane jako związek kobiety i mężczyzny, ale po przecinku jest już rodzina. Nie ma tam myślnika, nie ma tam słowa „czyli” lub podobnego.

Jest przecinek. Czyli pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej znajdują się małżeństwa i rodziny. Rodzina nie jest zdefiniowana, ale ja jako rodzinę rozumiem minimum dwie osoby, które łączy związek emocjonalny, i które chcą się nazywać rodziną.

To jest moja definicja, ale podejrzewam, że większość młodych Polaków się z tym by zgodziła. Kościół już nie ma prawa dyktować nam swojej definicji. Niech sobie uznają rodzinę tylko według swoich założeń. Prawo musi być dostosowane do dokumentów nadrzędnych – w tym wypadku Konstytucji, która jest całkiem liberalna w tej kwestii.

Mam nadzieję, że sprawa nie jest jeszcze skończona i w końcu katole przegrają sromotnie tę walkę.

Kościół i polityka

No tak, to jest dopiero temat. Temat mieszania się Kościoła do polityki w Polsce jest szeroki i długi jak Wisła. Ale jest też dużo głębszy od Wisły :-)

Chyba nikt nie będzie protestował, jeśli stwierdzę, że Kościół wypowiada się na tematy polityczne. Prawda jest oczywista. Co najwyżej mogą się pojawić głosy przeciwne stwierdzeniu, że Kościół nie powinien się wypowiadać na tematy polityczne. Z pewnością red. Tomasz Terlikowski, w swoim żywym wystąpieniu, pełnym emocji i górnolotnych słów, stwierdziłby, że kto tak twierdzi, nie ma moralności. Ale Terlikowski to skrajność. Poza tym pewnie jeszcze nie wie o tej stronie :-)

Ale przejdźmy do sedna sprawy. Jak powinno to wyglądać w Polsce (cytat z Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r.:

Art. 25.

  1. Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione.
  2. Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.
  3. Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego.
  4. Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a Kościołem katolickim określają umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy.
  5. Stosunki między Rzecząpospolitą Polską a innymi kościołami oraz związkami wyznaniowymi określają ustawy uchwalone na podstawie umów zawartych przez Radę Ministrów z ich właściwymi przedstawicielami.

Warto przeczytać punkt drugi. Władze są bezstronne w sprawach przekonań religijnych i światopoglądowych. Punkt czwarty, mówiący o podpisanym konkordacie nie zmienia tego faktu. Polskie państwo jest państwem świeckim, nie katolickim. Koniec i kropka.

A jak wygląda rzeczywistość… Tutaj już sytuacja jest bardziej skomplikowana. Kościół wtrąca się ze swoim zdaniem praktycznie w każdą dziedzinę. Wystarczy pójść i posłuchać kazania w niedzielę. Mało jest księży, którzy nie poruszą chociaż przez chwilę tematu okołopolitycznego. Ponadto jest również znany Redemptorysta z Torunia, który jawnie wyraża swoje zdanie polityczne.

A zatem jak powinno być:

  1. Kościół nie wypowiada się na tematy polityczne i społeczne. Kościół ma swoich wiernych prowadzić przez życie, wskazywać dobre (według Kościoła) drogi rozwiązywania codziennych problemów.
  2. Kościół nie organizuje marszów i pochodów w obronie jakiejś telewizji lub radia.
  3. Kościół (jako społeczność hierarchiczna) ostro tępi jakiekolwiek działania polityczne w swoich szeregach.
  4. Kościół nie podburza wiernych przeciwko władzy!

W szczególności Kościół nie powinien wypowiadać się na tematy:

  • aborcji – przecież dobrze wiemy, że aborcja akurat dla wielu księży to „rozwiązanie problemu”,
  • związków partnerskich – szczególnie, że to wśród księży jest największy odsetek homoseksualistów,
  • mniejszości narodowych,
  • finansów publicznych,
  • wyborów (w szczególności podczas ciszy wyborczej),
  • mediów,
  • edukacji,
  • obronności kraju.

Nie oszukujmy się. Wielu ateistów, to ludzie, którzy zaczęli się zastanawiać nad sensem wiary właśnie zainspirowani wypowiedziami Kościoła, które z wiarą wcale nie miały dużo wspólnego. Z jednej strony to dla nas ateistów dobrze, bo Kościół (akurat tutaj rzymskokatolicki) sam sobie strzela w stopę. Z drugiej strony jest źle, bo pogarsza nastroje społeczne. Raczej nie dojdzie w Polsce do tego, co się działo w 1979 roku w Iranie, kiedy to Chomeini przejmował władzę, ale bezmyślne wypowiedzi Kościoła powodują, że zamiast szerzyć miłość, katolicy szerzą nienawiść. A wszystko dlatego, że księża wypowiadają się na tematy, które nie są dla nich przeznaczone.

Wierzę, że za kilka lat w Polsce nastąpi poprawa. Nie dlatego, że ludzie będą bardziej świadomie podejmować decyzję na temat tego, kto lub co będzie źródłem ich wiedzy o moralności, ale dlatego, że po prostu przestaną chodzić na msze z lenistwa :-) Wtedy też zdanie księży o polityce będzie mało istotne. Ale wciąż, w sposób pośredni (i często naginając przepisy o ciszy wyborczej) księża mają duży wpływ na naszą scenę polityczną. Żadna partia nie chce iść na otwartą wojnę z Kościołem Rzymskokatolickim. Oprócz oczywiście Ruchu Palikota, który ma (nie łudźmy się) marne szanse na wygranie wyborów.

Jak to mówią, mamy trzy konstytucyjne władze: wykonawczą, ustawodawczą i sądowniczą. Czwartą władzą są media (czasem tak samo głupie jak trzy pierwsze władze). A w naszym pięknym kraju nad Wisłą, Odrą i Bugiem mamy jeszcze piątą władzę w koloratkach, która bezczelnie wywiera wpływ na wszystkie cztery pozostałe.

Najczęściej Wykorzystywane Urządzenia Pneumatyczne

Artykuł sponsorowany

Które z urządzeń wykorzystywanych w systemach pneumatycznych jest najbardziej popularne? Które z urządzeń jest najczęściej i najbardziej wszechstronnie wykorzystywane w przemyśle i profesjonalnych instalacjach pneumatycznych? W końcu jest ich tak dużo – filtry, zawory, siłowniki, złącza, reduktory, smarownice, narzędzia itd.

To pytanie, jak i temat tego artykułu są nieco przewrotne. Z pewnością niektórzy z co bardziej wnikliwych czytelników mogli się zorientować, że postawienie pytania w taki sposób jest błędem. Dlaczego? Jest kilka powodów.

Po pierwsze wszystko jest względne, a po drugie nic nie działa w próżni, co jest widoczne również w systemach pneumatycznych. Chodzi o to, że w pneumatyce, jak i w innych systemach w których wiele elementów wspołpracuje w celu realizacji jednego zadania, nie można wskazać elementu który jest jednocznanie najważniejszy.

Podobny problem występuje w różnego rodzaju systemach, chociażby w automatyce i sterowaniu, albo patrząc trochę w innym kierunku, w programowaniu komputerów. W takich systemach nie można wyciągnąć jednego elementu i oczekiwać, że cały proces będzie działał poprawnie.

Pneumatyka jest taką dziedziną w której brak nawet mało istotnego elementu takiego np. filtra, może powodować katastrofalne skutki. A czy filtr jest najważniejszy? Chyba nie. Równie ważny jest reduktor, albo zawór, albo siłownik, czy narzędzie pneumatyczne.

DSC03467

Złączka? Nie da się połączyć instalacji bez złączek, ale znowu bez sprężarki w ogóle nie można mówić o instalacji pneumatycznej. Można tak by wymieniać długo.

Oczywiście jak ktoś się uprze mógłby stworzyć listę w której różne elementy są pogrupowane np. pod kątem potencjalnych kosztów związanych z usunięciem elementu i upierać się, że to ten konkretny element jest najważniejszy. W takiej sytuacji pytam – czy to ma znaczenie, skoro i tak proces realizowany w instalacji pneumatycznej na dłuższą metę nie będzie mógłbyć ukończony?

Względność najbardziej istotnego elementu, który wykorzystuje pneumatyka, powinna być oczywista. Zrozumiałe jest, że w fabryce skręcającej telewizory teoretycznie najważniejsze stają się narzędzia pneumatyczne, a konkretnie wkrętarki pneumatyczne.

Znowu w zakładzie konstruującym maszyny do specjalistycznych zastosowań w których często wykorzystuje się siłowniki pneumatyczne, to właśnie te siłowniki (a z pewnością nawet jakichś ich konkretny typ) staje się elementem najważniejszym, bez którego nie można się obejść.

Podobnie w małym warsztacie przydomowym, niezależnie od tego jaka pneumatyka jest tam wykorzystywana, najważniejsze mogą okazać się węże pneumatyczne (najprawdopodobniej wykonane z poliuretanu), które zapewniają właścicielowi pewną określoną swobodę ruchu.

Z drugiej jednak strony nie daje mi spokoju ta sprężarka, której udział w całym systemie pneumatycznym nieco zlekceważyłem. Kompresor pneumatyczny to element niezwykle istotny, ale też zazwyczaj bardzo kosztowny. W razie awarii któregokolwiek z elementów, większość z nich można z powodzeniem zastąpić innym, albo nawet pozwolić, aby całość chwilę podziałała bez danego elementu.

Mam tu na myśli głównie filtry, ale też, zaznaczam, że mówiąc chwilę podziałała bez elementu, mam na myśli dosłownie chwilę, ani mniej, ani więcej. Dosłownie kilka, kilkanaście minut. Nie chciałbym, aby ktoś pomyślał, że lekceważę filtry.

Zastąpić możemy wąż, zazwyczaj każdy posiada kilka luźnych metrów, złączkę. A bez sprężarki trudno zrobić cokolwiek. Można się uprzeć aby zignorować nawet reduktor, w końcu większość urządzeń może swobodnie pracować przy ciśnieniu do 10 bar, a większość sprężarek takie ciśnienie wytwarza. Są oczywiście wyjątki.

Na tym kończę garść moich przemyśleń o których ostatnio dyskutowałem w grupie znajomych ekspertów zaraz po wykładzie. Jeżeli macie jakieś przemyślenia zapraszam do komentowania.

Czym Jest Wiara i Dlaczego Właśnie Narkotykiem?

Odpowiedź na to pytanie właściwie jest dość prosta. Był kiedyś pewien facet, który jeszcze dwadzieścia kilka lat temu był jednym z najbardziej czytanych autorów świata (chociaż nudny był przeokropnie), który stwierdził, że religia to opium ludu.

Dzisiaj jego nazwisko raczej kojarzy się negatywnie i raczej nie spotkamy teraz ulicy Karola Marksa w żadnym mieście (a przecież były!).

Mimo, że marksizm dzisiaj jest uznany za złą ideologię, a niektórzy posuną się do stwierdzenia, że nawet morderczą, to przyrównanie religii do opium jest wciąż aktualne i nikt o normalnych zmysłach nie będzie się kłócił, że jest złe.

Podejrzewam, że dzisiaj należałoby odrobinę zaktualizować to stwierdzenia (no bo kto w końcu dzisiaj używa opium!?). Może „religia – maryśka dla mas”? Mniejsza z tym. Istotne jest porównanie przytruwania się narkotykiem i religii.

No bo wbrew pozorom podobieństw jest całkiem sporo (na przykładzie katolicyzmu):

  1. Narkotyki ogłupiają – wiara też. Wystarczy popatrzeć na: kreacjonistów, fanatyków, dewotki, obrońców krzyża itp.
  2. Niektóre narkotyki, po zażyciu powodują, że człowiek odczuwa przyjemność – niektórzy po wizycie w kościele też twierdzą, że czują się lepiej. Ale ten stan szybko mija i pojawia się później ponarkotyczny/pokościelny kac.
  3. Na narkotykach stracisz pieniądze. Idziesz do kościoła i też musisz kupić „działkę”- dać na tacę. Poza tym jakakolwiek posługa religijna (większa działka) kosztuje oczywiście dużo więcej.
  4. Niektóre narkotyki powodują, że człowiek staje się agresywny. Patrz obrońcy krzyża.
  5. Środowisko dilerów jest środowiskiem przestępczym. Księża też mają nie mało przestępstw na sumieniu.
  6. Dilerzy narkotyków nie płacą podatków. No patrz! Księża też nie!
  7. Diler stara się jak najmocniej Cię związać ze sobą. Ksiądz też! Na dodatek straszy, że jak nie będziesz „brać” to będziesz się smażył w piekle. Swoją drogą mogliby coś innego wymyślić, a nie takie porównanie kulinarne…

Ale są również różnice pomiędzy wiarą i narkotykami:

  1. Diler narkotyków raczej jest chudy i nie rzuca się w oczy. Ksiądz za to raczej chudy nie jest i łatwo rzuca się w oczy.
  2. Po narkotykach nie wolno prowadzić pojazdów mechanicznych. Po mszy niestety można.
  3. Noszenie symbolu liścia konopi indyjskich jest ogólnie źle przyjmowane. Krzyż jest wszechobecny.
  4. I niestety największa i najgorsza różnica: wiara jest dozwolona, narkotyki nie. Należy obu zabronić!

Mimo wszystko, Marks miał rację. Praktykując religię tracisz czas, pieniądze i zdrowie. A samopoczucie tylko złudnie się poprawia.

Papież – przemyślenia z miesięcznym opóźnieniem

Minęło już nieco czasu odkąd został wybrany nowy papież. Medialne szaleństwo związane z tym wyborem już się uspokoiło. Przez jakiś czas nie można było uniknąć informacji o papieżu w prasie, radiu, telewizji. Można by rzecz, że nawet w lodówce był papież Wink

Chciałbym skorzystać z okazji i napisać parę słów na temat tego, co myślę na temat instytucji papiestwa. O ile mogę zrozumieć konieczność powołania osoby, która ma zarządzać tym całym ustrojstwem jakim jest Kościół Rzymskokatolicki, o tyle nie rozumiem pewnych faktów, które się z tym wiążą.

Po pierwsze jak to jest, że papież „jest nieomylny”? Przecież to jest człowiek, który jest obarczony całą gamą wad i niedoskonałości. Nie może być wszechwiedzący, bo to byłoby irracjonalne. Nagle, po wyborze, „Duch Święty” napełnia go wszechwiedzą? Jeśli tak, to czemu papież nie zaczyna się orientować, że to wszystko to wierutna bajka? Podejrzewam, że nawet wśród katolików mało jest osób, które traktują serio ten cały dogmat o nieomylności papieża. Oczywiście, Watykan tłumaczy, że chodzi tu o nieomylność w kwestiach wiary i moralności. Ale przecież moralność to taka szeroka dziedzina. I co najciekawsze, to ten dogmat obowiązuje od 1870 roku. Można byłoby się raczej spodziewać, że został ogłoszony w średniowieczu. A jednak nie, to produkt dość racjonalnych czasów…

Konklawe. Też ciekawostka. Niby jest to pewna forma demokracji, ale mówi się o „działaniu Ducha Świętego”. Przecież żadną tajemnicą jest fakt, że przed konklawe kardynałowie ze sobą dyskutują i się „dogadują”. A wtedy im chodzi wyłącznie o jakieś interesy, często prywatne – związane z nowymi stanowiskami czy funkcjami. W dzisiejszym świecie, w którym rządzą finanse nie chce mi się wierzyć, że kardynałowie-elektorzy kierują się wiarą i dobrem kościoła. Oni kierują się finansowym dobrem kościoła. Wygląda na to, że ten „Duch Święty” to ma głowę na karku i umie zarządzać majątkiem. A taki niepozorny z niego gołąbek Wink

A skoro już o majątku mówimy, to pomyślmy trochę o zasadzie ubóstwa. Cytując jedną z Ewangelii: „Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego. Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego.” No cóż. Watykan biednie nie wygląda. I nowy papież, który na razie wydaje się być skromny, tego tak łatwo nie zmieni.

Etyka w szkole i mała dygresja

W odpowiedzi na artykuł Krzysztofa, chciałabym zaprezentować swoje odmienne zdanie związane z nauczaniem etyki w szkole.

Po zapoznaniu się z programem nauczania tego przedmiotu w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum [1-3], mogę śmiało stwierdzić, że proponowane tematy są interesujące i skłaniają do refleksji oraz mogą w znacznym stopniu przyczynić się do samorozwoju dziecka i młodego człowieka. Poruszane zagadnienia to m.in.:

  • życie i jego wartość (w tym eutanazja, aborcja, kara śmierci),
  • klonowanie, AIDS, epidemie,
  • egoizm – altruizm,
  • samorozwój,
  • tolerancja,
  • wolność, równość, sprawiedliwość, praworządność,
  • patriotyzm,
  • prawa człowieka, prawa zwierząt.

W związku z powyższym etykę można zdefiniować jako połączenie psychologii i filozofii. Z naciskiem na psychologię w podstawówce i gimnazjum oraz na filozofię w liceum (co już mi się mniej podoba, bo miałam taki przedmiot jak filozofia na studiach i wiem czym to pachnie).

Moim zdaniem najważniejszy w nauczeniu tego przedmiotu jest odpowiednio przygotowany pedagog, który powinien mieć skończoną filozofię lub psychologię oraz mieć stosowne przygotowanie pedagogiczne.

Poza tym powinien to być człowiek neutralny światopoglądowo. Oznacza to, że ani ksiądz, ani siostra zakonna, ani katechetka nie nadają się do nauczania tego przedmiotu, ponieważ będą się skupiać tylko i wyłącznie na swojej dziedzinie – religii (bo taki nakaz mają z góry) lub nieświadomie do niej nawiązywać i przekazywać kościelne „mądrości”, bez racjonalnej ich oceny.

Na lekcjach etyki powinno się dyskutować, przedstawiać problemy, wyrażać swoje opinie, ale nie oceniać innych – ten jest zły, bo opowiada się za aborcją i na pewno za to pójdzie do piekła. Trzeba przedstawić – czym jest aborcja? Jak taki zabieg się wykonuje? Z jakich przyczyn kobiety decydują się na usunięcie płodu?

Jakie mogą być konsekwencje zdrowotne, psychologiczne, społeczne, ekonomiczne zarówno posiadania dziecka, jak i nie posiadania? Na lekcjach religii zawsze mówi się o argumentach PRZECIW, ale nigdy o argumentach ZA.

Etyka nie powinna być alternatywą dla religii w szkole. Powinna ją całkowicie zastąpić! Jeśli ktoś chce, by jego dziecko uczyło się religii, to albo niech sam je uczy (a znam ludzi, którzy uważają się za największych katolików, a mylą 10 Przykazań z 7 Grzechami Głównymi…), albo w salkach katechetycznych przy kościele.

Nigdy w szkole! Szkoła ma nauczyć myślenia, a nie wciskać prawdy objawione nieudowodnione!

I na sam koniec mała (a raczej duża) dygresja.

Jak ja wspominam naukę religii w szkole? Podobnie jak Krzysztof – z niemiłym posmakiem.

Chyba najgorzej w podstawówce. Zwłaszcza okres przygotowań do I Komunii. W tym czasie uczyła mnie siostra zakonna, która za mną najwyraźniej nie przepadała. Była jednocześnie najlepszym przykładem osoby bez odpowiedniego przygotowania pedagogicznego, która nie powinna uczyć w szkole i mieć kontaktu z dziećmi.

Na prowadzonych przez nią lekcjach religii, z racji, że zajęcia były arcyciekawe, to znajdowałam sobie inne rozrywki. Zazwyczaj gadałam z kolegą w ostatniej ławce. Jednego razu siostra tak się na mnie wkurzyła, że rzuciła moim piórnikiem przez całą klasę.

Wszystkie kredki, ołówki i gumki mi powypadały i musiałam wszytko zbierać. Co za upokorzenie.

Innym razem zrobiła casting dla dziewcząt do chórku śpiewającego w kościele podczas I Komunii. I ja nie miałam szansy się wykazać (choć bardzo chciałam). Zostałam zdyskwalifikowana już na starcie, bo… zapomniałam śpiewnika. Pożyczenie od kogoś innego nie wchodziło w grę. Nie i już! Widzimisię siostrzyczki.

I jeszcze inna sytuacja z powyższą siostrą zakonną. Obiecała nam, że każdy, kto będzie miał „zaliczone” dziewięć pierwszych piątków miesiąca (czyli 9 podpisów księdza na specjalnej karteczce) będzie w nagrodę siedział w pierwszych rzędach w trakcie I Komunii.

Obiecanki cacanki. Siedziałam w ostatnim rzędzie, bo siostra uznała, mimo spełnionego warunku, że jestem za wysoka…

Do księdza w gimnazjum nie mam większych zastrzeżeń, chociaż i ten miał bzika na punkcie obecności na mszach świętych i piątkowych spowiedzi. To był okres przygotowywań do Bierzmowania, czyli okres pierwszego buntu (skutecznego swoją drogą).

Żeby zdobyć wszystkie potrzebne wpisy to kombinowało się, jak się mogło. Czyli np. 2 razy tego samego dnia szło się na mszę, do spowiedzi, a potem tylko zmieniało się datę.

Z czasów liceum pamiętam najmniej, bo na religii zazwyczaj uczyliśmy się do innych przedmiotów. To, co utkwiło mi w pamięci, to to, że moi koledzy na religii pod ławkami oglądali CKM. A przekazując pismo kolegom posługiwali się szyfrem „Cyprian Kamil Norwid” Cool

Ogólnie religia w szkole kojarzy mi się z bezsensownym wkuwaniem na pamięć przeróżnych modlitw, z których potem były kartkówki, i sprawdzaniem, czy było się w niedzielę na mszy.

Refleksje po lekturze „Byłem księdzem”

Jestem świeżo po lekturze trzech książek Romana Kotlińskiego z serii „Byłem księdzem”. Autor, który ma za sobą 6 lat seminarium i 2 lata kapłaństwa, czyli zna Kościół Katolicki od podszewki, w odważny sposób odsłania jego ciemną stronę oraz prawdziwe oblicze polskiego duchowieństwa.

Nie ukrywa także, że za wszystkim, co dzieje się złe w Kościele stoi chory system. System, w którym  kapłan jest bezwzględnie poddany swojemu przełożonemu, który z kolei „zawsze ma rację”.

Każda forma sprzeciwu i działania, odmienna od tej narzuconej z „góry”, jest niemile widziana i potępiana (nawet jeśli czyniona jest w dobrej wierze), a niesubordynowany ksiądz może spodziewać się z tego powodu represji.

To właśnie konieczność głoszenia prawd, z którymi się wewnętrznie nie zgadza autor, było jedną z przyczyn jego odejścia z kapłaństwa.

Roman Kotliński zwraca szczególną uwagę na dwie sprawy: seksualność duchownych oraz pieniądze w Kościele. Odniosę się do obu tych spraw i przedstawię swoją wizję zmiany Kościoła Katolickiego.

ZNIEŚĆ CELIBAT

Celibat jest czymś nieludzkim. Ksiądz nie jest jakimś półbogiem, aby nie miał żadnych potrzeb seksualnych. To jest naturalna potrzeba każdego człowieka. Jeśli jest w jakiś sposób hamowana, to szuka ujścia różnymi drogami m.in. przez kontakty homoseksualne, pedofilię oraz „obracanie” gosposi na plebanii.

Dlaczego Kościół nie zniesie celibatu? Z powodu ewentualnych strat finansowych, które może wtedy ponieść. Ksiądz, posiadający rodzinę, większość zarobionych pieniędzy będzie przeznaczał na jej utrzymanie, a tylko niewielki procent będzie wtedy trafiał do, i tak już ogromnego, skarbca Kościoła.

Także po śmierci duchownego jego rodzina będzie stała na przeszkodzie do powiększenia kościelnego majątku.

Przecież żonie i dzieciom należy się spadek po mężu i ojcu! Z tego też powodu, gdy jakiemuś księdzu przydarzy się „wpadka”, sam zainteresowany oraz jego przełożeni robią wszytko, aby sprawę zatuszować (najczęściej poprzez przeniesienie delikwenta do parafii na drugim końcu Polski) i uniknąć płacenia ewentualnych alimentów.

A są w tym naprawdę dobrzy.

Ksiądz powinien móc założyć rodzinę także z innego powodu. Po to, aby nie nauczał o czymś, o czym nie ma zielonego pojęcia. Niech zasmakuje słodkości i goryczy małżeństwa i ojcostwa. Niech na własnej skórze odczuje problemy przeciętnej rodziny.

A dopiero wtedy, z bagażem doświadczeń, niech dzieli się z wiernymi swoimi refleksjami na temat życia.

Myślę też, że zniesienie celibatu mogłoby z biegiem czasu zmienić nastawianie Kościoła do antykoncepcji i aborcji.

ŻYĆ W UBÓSTWIE

Tak jak już wcześniej nadmieniłam, Kościół posiada ogromny majątek, którego dorobił się kosztem swoich wiernych. Coniedzielna taca, chrzty, śluby, pogrzeby, kolęda oraz zbiórki na „odbudowę Kościoła” i dofinansowanie z państwa (!!!) dają pokaźną sumkę.

A przecież niejeden ksiądz to też urodzony biznesmen, który potrafi stale swój „skromny” majątek pomnażać, czego dowodem są gustownie i bogato urządzone plebanie, najnowsze modele samochodów oraz drogie zagraniczne wycieczki organizowane nawet kilka razy do roku. Nijak to się ma do ubóstwa głoszonego przez Chrystusa.

W jaki sposób wyobrażam sobie zreformowanie Kościoła w tej kwestii? Przede wszystkim nie uważam, by do głoszenia „Słowa Bożego” były potrzebne świątynie. Sam Chrystus nauczał przecież w plenerze. A już na pewno nie są potrzebne takie wielkie, okazałe i kosztownie wystrojone kościoły, jakie spotykamy na całym świecie, szczególnie w Polsce.

Kolejna kwestia – żaden ksiądz nie powinien być utrzymankiem wiernych. Widzę go w roli wolontariusza. A na co dzień powinien mieć normalną pracę od powiedzmy 8 do 16, z której będzie się utrzymywać. Jednocześnie będzie odprowadzać podatki jak każdy uczciwy obywatel w tym kraju.

Swoją posługę kapłańską powinien wykonywać po godzinach pracy, skoro czuje powołanie do głoszenia „Słowa Bożego”. I nie pobierać za to żadnych pieniędzy!

Niestety, wielu młodym mężczyznom, trafiającym do seminarium duchownego, nawet nie przejdzie przez myśl taka wizja. Niejeden kształci się na księdza, ponieważ „zawód” ten zapewni mu spokojne życie na niezłym poziomie. A powołanie, nawet jeśli było, to w wielu przypadkach zanika prędzej, czy później.

Katolickie pro-life

Obecnie na świecie jest ponad 7 miliardów ludzi. Ziemia jest przeludniona! Jeśli w takim tempie jak obecnie będzie przybywać ludności, to niedługo Ziemia nie będzie w stanie wszystkich nas wyżywić. I tak już spośród tych 7 miliardów ludzi ponad miliard (!) głoduje, a codziennie z głodu umiera ok. 20 tysięcy dzieci.5-glod-w-afryce1

Te dane są przerażające. Są to głównie mieszkańcy słabo rozwiniętych krajów afrykańskich, krajów w których jest również utrudniony dostęp do oświaty i pomocy medycznej. Istniejąca sytuacja nie jest winą mieszkańców.

Miejsca, w którym żyją sami sobie nie wybierali, a trudno, żeby pustynia wyżywiła choć garstkę z tych ludzi. Przeprowadzenie się do państw zamożniejszych jest praktycznie niemożliwe ze względu na represje rządu oraz trwające od lat wojny wewnętrzne.

Pierwsze nasuwające się w związku z tym pytanie brzmi: dlaczego tym ludziom nie jest udzielana wystarczająca pomoc? Przecież jest tyle krajów, które produkują nadwyżkę żywności i nie mają co z nią robić…
Pomoc z tych krajów jest udzielana, ale jest realizowana w taki sposób, aby kraj zamożny zyskał na tym jak najwięcej korzyści, głównie politycznych. Moim celem nie jest jednak opisanie i ocenianie działań krajów najbogatszych, lecz skupienie się na równie bogatej instytucji – Kościele Katolickim. W jaki sposób pomagają i czy ta pomoc jest skuteczna?
Zanim przejdę do odpowiedzi na powyższe pytanie zadam inne. Co zrobić, żeby nie było głodu na świecie?
A odpowiedzi na to pytanie jest kilka, m.in.:
1. Nadwyżkę wyprodukowanej żywności przez kraje bogate przeznaczać krajom biednym.
2. Umożliwić migrację ludności z biednych krajów do krajów bogatych i zapewnić im zatrudnienie oraz godziwe warunki życia.
3. Zmniejszyć przyrost naturalny w wyniku:
a) uświadamiania ludzi w kwestiach skutecznej antykoncepcji,
b) bezpłatnego przekazywania środków zapobiegających ciąży,
c) aborcji.
Punkt trzeci jest najbardziej kontrowersyjny, zwłaszcza dla środowiska katolickiego, które jak wiadomo jest przeciwne antykoncepcji, a jeszcze bardziej aborcji. O ile wierzę, że organizacje związane z Kościołem Katolickim pomagają biednym przekazując im żywność i środki medyczne, a nawet wspierają edukację, o tyle w innych kwestiach bardziej szkodzą niż pomagają. Zwłaszcza w sprawach rozrodczości.
Lepiej zapobiegać niż leczyć – stare i mądre powiedzenie, o którym najwyraźniej Kościół Katolicki już dawno zapomniał. Jedyny „przełom” w kwestiach antykoncepcji nastąpił dwa lata temu, gdy papież Benedykt XVI zezwolił na używanie prezerwatyw w „pojedynczych usprawiedliwionych przypadkach”, czyli np. gdy istnieje ryzyko zakażenia wirusem HIV.
Jednak w pozostałych przypadkach małżonków obowiązuje całkowity zakaz antykoncepcji (oprócz metody naturalnej) i mają być „zawsze otwarci na płodność”.
Czyli: „Da Bóg dzieci, da i na dzieci”. Cóż za hipokryzja. Szczególnie w odniesieniu do przeludnionej i biednej Afryki, gdzie wiele dzieci nie dożywa dorosłości, bo umiera z głodu i chorób.850175.51-300x201
Czy to nie egoistyczne skazywać je na to poniżające życie i te wszystkie cierpienia?
Czyż nie lepiej byłoby, gdyby dziecko się nigdy nie urodziło, niż żyło w takich warunkach? Najwyraźniej dla katolików i wszystkich obrońców życia to się nie liczy.
Ma urodzić się i już! I nie ważne jakie będzie to życie. Nie ważne, że i tak za parę lat umrze w cierpieniach…
A wystarczy zobaczyć zdjęcia i filmy o tym jak żyją ludzie w skrajnej biedzie, wystarczy spojrzeć w pełne bólu i cierpienia oczy tych dzieci…
Przykro jest mi stwierdzić, że pomoc udzielana tym najbiedniejszym krajom przez Kościół Katolicki jest niewystarczająca i nie będzie wystarczająca.
Bo nie tylko chodzi o pomoc żywnościową, materialną i medyczną, ale również o uświadamianie.
O danie szansy na lepsze życie, bo chwilowa pomoc tego nie gwarantuje.
Kościół Katolicki gdyby chciał, to by mógł przeznaczyć dla tych ludzi ogromne sumy i w znaczący sposób im pomóc.
Ale co z tego, skoro księża, biskupi i sam papież wolą sami opływać w luksusach (o czym świadczą bogato wykończone kościoły oraz najnowsze marki ich samochodów), niż rzeczywiście pomóc innym?Pope-Benedict-XVI-297x300
Na samo zakończenie, chciałabym gorąco zachęcić do wspierania organizacji, które walczą z głodem na świecie takich jak: UNICEF czy Polska Akcja Humanitarna.
Lepiej im przeznaczyć pieniądze, niż dać księdzu na tace, a potem obserwować go jak śmiga nową furą po wiosce :)