W odpowiedzi na artykuł Krzysztofa, chciałabym zaprezentować swoje odmienne zdanie związane z nauczaniem etyki w szkole. Po zapoznaniu się z programem nauczania tego przedmiotu w szkole podstawowej, gimnazjum i liceum [1-3], mogę śmiało stwierdzić, że proponowane tematy są interesujące i skłaniają do refleksji oraz mogą w znacznym stopniu przyczynić się do samorozwoju dziecka i młodego człowieka. Poruszane zagadnienia to m.in.:
- życie i jego wartość (w tym eutanazja, aborcja, kara śmierci),
- klonowanie, AIDS, epidemie,
- egoizm – altruizm,
- samorozwój,
- tolerancja,
- wolność, równość, sprawiedliwość, praworządność,
- patriotyzm,
- prawa człowieka, prawa zwierząt.
W związku z powyższym etykę można zdefiniować jako połączenie psychologii i filozofii. Z naciskiem na psychologię w podstawówce i gimnazjum oraz na filozofię w liceum (co już mi się mniej podoba, bo miałam taki przedmiot jak filozofia na studiach i wiem czym to pachnie).
Moim zdaniem najważniejszy w nauczeniu tego przedmiotu jest odpowiednio przygotowany pedagog, który powinien mieć skończoną filozofię lub psychologię oraz mieć stosowne przygotowanie pedagogiczne. Poza tym powinien to być człowiek neutralny światopoglądowo. Oznacza to, że ani ksiądz, ani siostra zakonna, ani katechetka nie nadają się do nauczania tego przedmiotu, ponieważ będą się skupiać tylko i wyłącznie na swojej dziedzinie – religii (bo taki nakaz mają z góry) lub nieświadomie do niej nawiązywać i przekazywać kościelne „mądrości”, bez racjonalnej ich oceny. Na lekcjach etyki powinno się dyskutować, przedstawiać problemy, wyrażać swoje opinie, ale nie oceniać innych – ten jest zły, bo opowiada się za aborcją i na pewno za to pójdzie do piekła. Trzeba przedstawić – czym jest aborcja? Jak taki zabieg się wykonuje? Z jakich przyczyn kobiety decydują się na usunięcie płodu? Jakie mogą być konsekwencje zdrowotne, psychologiczne, społeczne, ekonomiczne zarówno posiadania dziecka, jak i nie posiadania? Na lekcjach religii zawsze mówi się o argumentach PRZECIW, ale nigdy o argumentach ZA.
Etyka nie powinna być alternatywą dla religii w szkole. Powinna ją całkowicie zastąpić! Jeśli ktoś chce, by jego dziecko uczyło się religii, to albo niech sam je uczy (a znam ludzi, którzy uważają się za największych katolików, a mylą 10 Przykazań z 7 Grzechami Głównymi…), albo w salkach katechetycznych przy kościele. Nigdy w szkole! Szkoła ma nauczyć myślenia, a nie wciskać prawdy objawione nieudowodnione!
I na sam koniec mała (a raczej duża) dygresja.
Jak ja wspominam naukę religii w szkole? Podobnie jak Krzysztof – z niemiłym posmakiem.
Chyba najgorzej w podstawówce. Zwłaszcza okres przygotowań do I Komunii. W tym czasie uczyła mnie siostra zakonna, która za mną najwyraźniej nie przepadała. Była jednocześnie najlepszym przykładem osoby bez odpowiedniego przygotowania pedagogicznego, która nie powinna uczyć w szkole i mieć kontaktu z dziećmi.
Na prowadzonych przez nią lekcjach religii, z racji, że zajęcia były arcyciekawe, to znajdowałam sobie inne rozrywki. Zazwyczaj gadałam z kolegą w ostatniej ławce. Jednego razu siostra tak się na mnie wkurzyła, że rzuciła moim piórnikiem przez całą klasę. Wszystkie kredki, ołówki i gumki mi powypadały i musiałam wszytko zbierać. Co za upokorzenie.
Innym razem zrobiła casting dla dziewcząt do chórku śpiewającego w kościele podczas I Komunii. I ja nie miałam szansy się wykazać (choć bardzo chciałam). Zostałam zdyskwalifikowana już na starcie, bo… zapomniałam śpiewnika. Pożyczenie od kogoś innego nie wchodziło w grę. Nie i już! Widzimisię siostrzyczki.
I jeszcze inna sytuacja z powyższą siostrą zakonną. Obiecała nam, że każdy, kto będzie miał „zaliczone” dziewięć pierwszych piątków miesiąca (czyli 9 podpisów księdza na specjalnej karteczce) będzie w nagrodę siedział w pierwszych rzędach w trakcie I Komunii. Obiecanki cacanki. Siedziałam w ostatnim rzędzie, bo siostra uznała, mimo spełnionego warunku, że jestem za wysoka…
Do księdza w gimnazjum nie mam większych zastrzeżeń, chociaż i ten miał bzika na punkcie obecności na mszach świętych i piątkowych spowiedzi. To był okres przygotowywań do Bierzmowania, czyli okres pierwszego buntu (skutecznego swoją drogą). Żeby zdobyć wszystkie potrzebne wpisy to kombinowało się, jak się mogło. Czyli np. 2 razy tego samego dnia szło się na mszę, do spowiedzi, a potem tylko zmieniało się datę.
Z czasów liceum pamiętam najmniej, bo na religii zazwyczaj uczyliśmy się do innych przedmiotów. To, co utkwiło mi w pamięci, to to, że moi koledzy na religii pod ławkami oglądali CKM. A przekazując pismo kolegom posługiwali się szyfrem „Cyprian Kamil Norwid” 
Ogólnie religia w szkole kojarzy mi się z bezsensownym wkuwaniem na pamięć przeróżnych modlitw, z których potem były kartkówki, i sprawdzaniem, czy było się w niedzielę na mszy.